Zima w Miami Beach

Bilety zakupiłam w październiku – dla siebie i Mamy. Trzeba było wykorzystać niepewną zgodę rodzicielki, która zdecydowała się wybrać na drugi kontynent, żeby zobaczyć, jak urządził się wnuk, już 28-letni. Paweł wyjechał rok z okładem temu, nie wiem, czy powodowała nim praca czy miłość, ważne, że dobrze się tam czuje i jest szczęśliwy.

Mnie nigdy Ameryka nie ciągnęła. Byłam tam 3 razy w delegacjach. Raz na targach w Nowym Jorku, w czerwcu. Nowy Jork zrobił na mnie wrażenie, ale głównie zapamiętałam ciężką opryszczkę, jakiej nabawiłam się z powodu szoku klimatycznego i zmęczenia. I kilku rosłych Murzynów, którzy wpadli w nocy do mojego pokoju hotelowego. To była ochrona, która wyczuła dym (no dobra, zapaliłam jedną małą fajkę w toalecie…) Byliśmy wtedy też w kościele na mszy i zdziwiła mnie mnogość starszych kobiet idących do komunii, a prawie każda z nich podtrzymywana przez ochroniarza – kościół zainwestował w taką asystę, bo gdyby któraś z nich się przewróciła i wniosła oskarżenie na temat śliskiej posadzki, to straciłby wiele pieniędzy. Później dopiero obejrzałam „Seks w wielkim mieście” i zobaczyłam urokliwy Nowy Jork jesienny, zimowy. Dwa razy wylądowałam w Chicago w listopadzie, strasznie tam wiało, zwiedziłam głównie biuro i magazyn dystrybutora.

Babcia w podróży.
Prosecco dobre na turbulencje.

Teraz jednak powoli zaczynało mnie ogarniać podekscytowanie. W końcu to urlop, zobaczę syna, poznam jego dziewczynę, poza tym wiecie, policjanci z Miami i te sprawy.

Na wjeździe do Miami.

I – Miami zrobiło na mnie niesamowicie dobre wrażenie! Jeszcze teraz czuję zapach oceanu i ciepły dotyk słońca na twarzy, wspominam kolory: turkusowy, niebieski, złoty, pomarańczowy. Wiatr w Miami nawet w styczniu jest ciepły. A wiatry wieją tam potężne. Floryda leży na trasie co roku wybieranej przez huragany, choć Miami łaskawie ostatnio było omijane. W 1926 r. huragan czwartej kategorii (najwyższa jest piątka) o nazwie Great Miami, niemal zrównał miasto z ziemią, zginęło ponad 400 osób. Dwa lata później huragan San Felipe Segundo przeszedł nad jeziorem Okeechobee w środku stanu, powodując powódź, w której zginęło 2,5 tys. ludzi. Cyklon Audrey, który w 1935 r. uderzył w wyspy Keys na południowym przyczółku Florydy, spowodował śmierć co najmniej 408 osób. W sierpniu 1992 r. Florydę nawiedził Andrew, huragan najwyższej, piątej kategorii, najsilniejszy w dziejach stanu. Zburzył do fundamentów ponad 65 tys. domów, głównie w południowej części stanu, i uszkodził 124 tys. innych, powodując straty obliczone na 26,5 mld dol., największe do tego czasu w USA. Bardziej kosztowne okazały się dopiero zniszczenia dokonane w 2005 r. przez huragan Katrina, który wywołał katastrofalną powódź w Nowym Orleanie. Mój syn mieszka tam od roku i żartuje sobie z huraganu, mam nadzieję, że tak zostanie. Działa system wczesnego ostrzegania smsowego (póki sieć działa, dostaje się np. informację, żeby schować się w łazience) i wtedy należy jak najprędzej pojechać do sklepu i zaopatrzyć się w wodę i artykuły spożywcze, bo półki pustoszeją błyskawicznie. Potem zamykamy się szczelnie w mieszkaniu i nie wyściubiamy nosa na ulicę. Budynki mają okna przeciwhuraganowe, a wszelkie drzwi są tak ciężkie jak pancerne.

A tak żartują sobie mieszkańcy Florydy na znakach: w wypadku huraganu 1. chwytaj piwo 2. spieprzaj, co sił w nogach.

Podczas naszego pobytu palmy uginały się pod wiatrem, a była to zupełnie normalna pogoda. Tyle, że włosy na głowie non-stop przypominały wronie gniazdo, no i Mama nie mogła sama chodzić, bo waży tylko 50 kilo 🙂 Mimo tego zagrożenia do Miami wciąż ciągną fale imigrantów, przede wszystkim z Kuby i Meksyku. Kubańczycy mieszkają tu od pokoleń. Język hiszpański jest drugim, a może nawet pierwszym obowiązującym językiem i na przykład z kierowcami Ubera ciężko było się dogadać po angielsku. Poza brakiem znajomości angielskiego, większość z nich nie ma też podobno prawa jazdy, ale jeżdżą dość ostrożnie. Do Miami ściągają też tzw. Snowbirds (śnieżne ptaki), czyli bladzi ludzie z północy, spragnieni ciepła i słońca. Na promenadzie spotkałam też sporo Rosjanek, młodych matek z dziećmi, nie wiem, czy to były imigrantki, czy żony oligarchów na wakacjach.

Bo ceny w Miami są wysokie. Nam odpadł problem zakwaterowania, a za 2 bilety zapłaciłam ok. 6500 zł (LOTem z Warszawy, bardzo długo leci, aż 12 godzin, z powrotem trochę krócej, bo z wiatrem i turbulencjami przez ocean). W sklepie – zakupy robiłam w supermarkecie Publix – miałam wrażenie, że widzę polskie ceny, tylko zakończone symbolem dolara. Jeśli ktoś pracuje w USA, to ceny pewnie nie wydają się wysokie, na polskie warunki jednak tak. Za wyjątkiem owoców, przede wszystkich pomarańczy (niecały dolar za kg). Pomarańcze to jeden z symboli Florydy, również nigdzie indziej nie jadłam tak pysznego mango jak tu. Plus truskawki, maliny, jabłka w tysiącu rodzajach, marakuje, arbuzy, melony i różne egzotyki typu smoczy owoc czyli pitahaya (dragon fruit ). Podobnie jak w Rosji nie uświadczy się tu jednak pietruszki w korzeniu, więc o ugotowaniu prawdziwego rosołu nie ma co marzyć. Poza tym nie ma szans kupić normalnego chleba! Wszystkie chleby, nawet te o najbardziej swojskim wyglądzie są słodkie, nie wiadomo po co dodaje się do nich syrop kukurydziany, miód i maltodekstrynę; poza cukrem oczywiście. Woda w butelkach to zwykła woda źródlana lub kranówka, więc po kilku dniach zaczęłam napełniać butelki przefiltrowaną wodą płynącą z sekretnego kranika w lodówce zamiast płacić 2,5 dolara za litr. Wracając do składu produktów spożywczych, to nie mogę się nadziwić, że przy całej drobiazgowej, wielkiej kontroli FDA, specjalnych etykiet z Nutrition Facts nawet na wspomnianej wodzie (czyli wszystkie wartości odżywcze 0), Amerykanie tolerują tyle sztucznych dodatków i konserwantów.

Osobna kategoria to jedzenie w restauracjach. Chodziliśmy (młode pokolenie nas wszędzie zapraszało) do restauracji rybnych i z owocami morza. Zakochałam się w miejscowej rybie mahi-mahi, dobry był też karaibski snapper czyli lucjan czerwony. Koleżanka z bloga Paris-Moskwa polecała ceviche czyli sałatkę z surowej ryby marynowanej w cytrynie z dodatkami, owszem, było to dobre, ale wybierałam ryby z rusztu. Specjalnością sezonową Miami są kraby kamienne, jest trochę zabawy z ich jedzeniem (choć z homarem więcej), ale mięso naprawdę pyszne. Jako wielbicielka zup próbowałam wszystkich czyli zazwyczaj 2 zup w menu, obie rybne, mnie smakowała New England clam chowder. Te zupy są tak treściwe, kremowe, że brałam z Mamą na pół i już byłyśmy najedzone. I mają bardzo przyjemny, nierybny zapach. Z konkretnych restauracji najbardziej polecam Casablankę, z której można podziwiać rzekę Miami i światła Downtown – tu link https://www.casablancaseafood.com/about

Homar.
To chyba był snapper.
Ośmiorniczka mniam.
Kraby kamienne.

Porcje są duże, bo generalnie w USA wszystko jest duże! Oto prawdziwe amerykańskie auto 🙂

Wracając do niebezpieczeństw, to polecam wycieczkę do Everglades i rejs stateczkiem w poszukiwaniu aligatorów. Everglades to wielki park narodowy Florydy, a główną atrakcją są właśnie aligatory, nie mylić ze złośliwymi krokodylami. Tzn. aligator też Cię może zjeść, ale nie po złości 😉 Everglades to tereny bagienne, Floryda była przez pierwszych osadników opisywana jako koszmarne i odstręczające bagna, pełne insektów. Biały człowiek osuszył częściowo bagna i opryskuje miejskie tereny przed insektami, więc do Miami nawet nie musicie brać żadnych sprayów na komary i kleszcze. W Miami można spotkać iguany, skorpiony (podobno łagodne) i … koty, które żyją na „wydmach” przy plaży. Natomiast podczas kąpieli w oceanie nie zdziwcie się towarzystwem rekina, ale te majamskie ludzi dotychczas nie jadły.

W zaroślach w paśmie przed plażą żyją koty.
Ogród Botaniczny Miami.

Bardzo dobrze wspominam wycieczkę do Wynwood, miasteczka graffiti. Miasto lub dzielnica Miami, słynna z latynoskich i afroamerykańskich (potrafię pisać poprawnie politycznie) gangów, w którym graffitti jest sztuką. Najlepsze murale przeniesiono w jedno miejsce, które zwiedza się jak najlepszą galerię. Niektóre prace z Wynwood przeglądam do teraz z zachwytem i temu miasteczku poświęcę odrębny foto – wpis.

Ale, ale… gdzie policjanci z Miami? Byli dyskretni i nie narzucali się. Kiedy przechadzaliśmy się po Ocean’s Drive (obowiązkowy punkt programu), zewsząd dochodził smakowity zapach marihuany, a latynoscy młodzieńcy śmigali na motorach bez kasku. Na Ocean’s Drive są niesamowite domy w stylu art deco, restauracje z mega wielkimi drinkami i mega głośna muzyka. A muzyka jest dokładnie taka jak u mnie na zumbie, Enrique, Shakira, nieśmiertelne Despacito i hit 2019 czyli Seniorita. Tłum ludzi z całego świata, wszystkich ras, stylów i tuszy. Kiedy Pawełek był mały, wybraliśmy się z jego ojcem, moim pierwszym mężem, na sylwestra, a dziecko zostało z babcią. Dwu- czy trzyletni chłopczyk obiecał wówczas babci, że kiedyś przewiezie ją nocą w sylwestra „kablioletem”. I przewiózł ją teraz, w Miami, co prawda nie na sylwestra, ale też zimą. Wzruszeniu nie było końca.

Stylowa babcia z wnukiem w „kabliolecie”.
Na Ocean’s Drive.

Tak się rozpisałam o Miami Beach, a przecież jeszcze byliśmy w Key West, dokąd musi dotrzeć każdy oczytany człowiek… To już zostawię na wpis za tydzień.

Reasumując, Ameryka jest fajna! Myślałam, że wolnym mogę czuć się tylko w Rosji, ale w Miami też czułam się wolna i na luzie, tylko inaczej. Oczywiście w Miami znalazłam się w innych okolicznościach i dzięki synowi i jego dziewczynie. Nie wiem, jak oni na to patrzą, ale zamierzam tam bywać!

1 thought on “Zima w Miami Beach

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *