Lali i Gruzja (sierpień 2017)

Oj moja droga, jak ja dlugo jechala, jechala tymi marszrutkami! – zakrzyknęła Lali, ciężko opadając na łóżko i ściągając z przepięknych, czarnych włosów ogromny biały kapelusz.

Czekaliśmy w Batumi na Lali 3 dni, bo tyle się spóźniła. Nie przejmowałam się wcale, bo miała być moją współlokatorką, a co to za przyjemność mieszkać z pilotką. No chyba, że chodzi o gruzińską pilotkę, ze wszech miar malowniczą.

W Batumi nie można się było nudzić i można było wreszcie odpocząć od naszej wycieczki typu „Gruzja oczami turystów zamkniętych w kiepsko klimatyzowanym busie”.

Przygodę z Gruzją (ang. Georgia, od patrona św. Jerzego) zaczęliśmy standardowo od Tbilisi, podobno po polsku wymawia się Tibilisi, ale mnie wcale tego czwartego i nie brakuje. Choć jeszcze lepiej brzmi Tyflis, jak brzmiała nazwa stolicy Gruzji w latach 1845-1936. Próbowałam odnaleźć w Tyflisie ślady Mary Wachtangowej i jej córki, Niny Gradowej, bohaterek słynnej „Moskiewskiej sagi” Aksjonowa. Poczułam lekki powiew Tyflisu Stalina, a właściwie Berii, na starym mieście (mało go!), pośród ażurowych balkonów i balustradek, z wszechobecnym suszącym się praniem i satelitarnymi talerzami na starych kamienicach. Tbilisi idzie jednak w nowoczesność i większość aktualnych atrakcji (nie opisuję, bo są inne blogi ku temu) powstało całkiem niedawno. Na przykład srebrzysty most na rzece Kurze, który złośliwi porównują do … podpaski Always. No nie wiem, przejedźcie się podniebną kolejką nad miastem, koniecznie, to sami ocenicie.

Tbilisi
Mosty na Kurze
Kawałek starego miasta
I jeszcze kawałek
Motywy z Pirosmaniego – o nim chcę jeszcze napisać

Był sierpień, słońce grzało niemiłosiernie. Chodząc Aleją Rustawelego (wszyscy o niej piszą, bo też niepodobna być w Tyflisie i na nią nie trafić) zauważyłam reklamy lodów o smaku mojego ulubionego czerwonego wina Saperavi. Niestety, wszędzie były wyprzedane.

Lodów Saperavi nie było
Ale były interesujące bary

Te moje nieudolne próby zobaczenia czegoś na własną rękę okrutnie przerwała przypadłość znana turystom w Egipcie jako zemsta faraona. Jako że żołądek mam wrażliwy, pogrążyłam się w marazmie i samoobwinianiu, że niby taka Natasza-in-travel, a miejscowego jedzenia nie mogę znieść… Ku mojej nieco złośliwej satysfakcji choroba świętej Nino (nazwa choroby autorska, święta Nino to apostołka i patronka Gruzji) dotykała po kolei wszystkich uczestników wycieczki. No bo nie czarujmy się, sanepid gruziński rzadko zagląda do tamtejszych kuchni.

Pyszny gruziński ser z … serem

Jako pierwsza ofiara Nino nie pojechałam klimatyzowanym pudełkiem do Kachetii (choć wcześniej zaliczyłam tzw. gruzińską drogę wojenną, to droga wojenna i w dzisiejszych czasach, szczególnie w upale wymaga wojskowej zaprawy; szczerze nie polecam) i dzięki temu zapoznałam się ze sławną gruzińską serdecznością i gościnnością. Stosunek Gruzinów do Polaków jest naprawdę niebywale ciepły. Porozumiewałam się wszędzie po rosyjsku, praktycznie wszyscy mówią w tym języku, również młodzi, co bardzo cieszy, gdyż nie jest to już język obowiązkowy w szkołach. Obowiązkowy jest angielski i coraz więcej młodych ludzi mówi całkiem nieźle, dobrze, że pamiętają, kogo mają za sąsiada. A jak tylko wspomniałam, że jestem z Polski, rozszerzały się wszystkie uśmiechy, te ze złotymi i szczerbatymi zębami i te białe J Tak było wszędzie! Grupa odjechała w akwarium do Kachetii, krainy wina, a ja po godzinie zwlokłam się z pościeli, wsiadłam do metra i wg wskazówek Google (mimo ostrzeżeń, że wi-fi nie wszędzie działa, nie było z internetem żadnego problemu) dotarłam na plac, z którego miały odjeżdżać marszrutki do Sighnagi. Trzeba uważać na informacje z Google, bo szybko się dezaktualizują, przynajmniej odnośnie Gruzji, żadnych marszrutek do Sighnagi nie było. Za to poznałam Marinę, która – a jakże – mieszkała w dzieciństwie w Grodnie, no to prawie jak w Polsce, ona sobie chętnie porozmawia w pięknym rosyjskim i mi coś zorganizuje. Kierowcy busików-marszrutek naradzili się i postanowili zorganizować mi przerzut. Zdałam się na nich całkowicie, bo byli po prostu czarujący. Nie rozczarowali. Gdzieś po drodze nad przepaścią przerzucili mnie z jednego busa do drugiego, wezwanego komórką, jadącego w przeciwną stronę i w Sighnagi wylądowałam niedługo po naszej grupie, za to bogatsza o dyskurs z Mariną i innymi gruzińskimi współpasażerami (kosztowało mnie to w sumie 4 lari czyli ok. 4 złote).

Potem zaliczyłam jeszcze góry Swanetii ze strasznymi przepaściami, cudownymi widokami i zapachem spalin. A to Kaukaz właśnie. Tam się teraz buduje i jeździ na potęgę, i wyrzuca śmieci na brzegi już nie krystalicznych, ale wciąż lodowatych rzek. Jeśli ktoś oczekuje sielankowych widoków i świetnej bazy turystycznej, to powinien jechać do Szwajcarii (chyba, bo ja nie byłam), na pewno nie na wciąż na półdziki Kaukaz. Choć w Swanetii wciąż chodzą bardzo szczęśliwe krowy. To określenie zapożyczyłam z jednego z blogów, które masowo czytałam przed wyjazdem. Krowy swaneckie pozostały zrelaksowane wbrew wszystkim przemianom, które zachodzą w regionie. A one sobie chodzą pozornie samopas, wszyscy muszą ustąpić z drogi, pobrzękują dzwoneczkami u szyi i jakimś cudem zawsze o zmroku zdążą do swojej zagrody. Tak, w Swanetii bardzo mi się podobało, szczególnie w miasteczku Mestia.

Spotkałam groźny barszcz Sosnowskiego
Nastawcie się na takie widoczki
Ale też na takie 🙂
Charakterystyczne wieże w Swanetii. Kiedy mężczyźni wyruszali na wojnę (czyli non-stop) kobiety zamykały się w wieżyczkach i z góry lały na napastników wrzątek i smołę.
Mestia
Piekarz z Gruzji do zdjęcia włożył specjalnie czapkę.

Czekałam już jednak na to Batumi jak na krainę obiecaną. Słynny kurort Batumi (choć jeszcze słynniejsze Gagry i Suchumi Gruzja straciła na rzecz Abchazji) nie zawiódł. Nazwa gruzińskie Las Vegas nie jest przesadzona. Te strzeliste budynki-wieże przy plaży, kiczowate palmy, a każda z nich podświetlona na zielono, przepiękny rynek z fontannami, ruchomy pomnik kochanków Ali i Nino, tańczące fontanny (prawie jak w Dubaju), delfinarium na światowym poziomie i dużo, dużo starego miasta. Na starym mieście – wszędzie pranie, rozpięte na niebywałych wysokościach, do tej pory nie wiem, jak one to robią (bo wiadomo, że nie oni). Wychodziłam z klimatyzowanego hotelu prosto w gorącą, parną noc lub dzień Batumi (temperatura wynosiła ok. 40 st. C , ale kilka razy dziennie padał ulewny deszcz, stąd wyjątkowo bujna roślinność), pławiłam się w Morzu Czarnym naprzeciwko Soczi i obok granicy z Turcją, w towarzystwie przystojnych czarnych brodaczy, którzy pytali „nu i kak wam Batumi?”; jadłam bardzo ostry kebab (szaurmę), słodkie i tanie melony, nie gardziłam kalorycznym i pełnym glutenu chaczapuri, a to wszystko zapijałam winem Saperavi, nie zważając na patronat Nino. Nawet poszłam do kina (amerykańska sensacja w rosyjskim dubbingu i nikomu to nie przeszkadzało). Ale zawiodły mnie nektarynki, a konkretnie jedna pestka. I zostałam bez ¾ jedynki.

Ali i Nino – wieczna miłość ponad granicami
Pranie w Batumi
Radziecki kwas
Na promenadach w Batumi nie będziesz się nudzić.
Prawda?
Wieża Alfabetu
Morze Czarne
Bazar w Batumi – Lali nas tam wzięła.
Mydło i powidło.
Z herbacianych pól Batumi (herbata była bardzo słaba)

I tu znowu w historii pojawia się Lali. Lali, czyli gruzińska pilotka, która przejęła nas w Bakumi z 3-dniowym opóźnieniem. Która mieszka w Polsce, bo jest wdową po Polaku, a jednocześnie jest zagorzałą gruzińską nacjonalistką. Ludzie na emigracji mają to chyba zwielokrotnione. Lali ponad 50-letnia, która mówi o okupacji Armii Radzieckiej w Gruzji i która czas swoich czasów szkolnych opisuje typu „za czasów przed Sakaaszwili”. Za wszystko wini Rosjan, nie ZSRR. Na moje pytanie, dlaczego w takim razie utrzymuje się takie wypasione muzeum Stalina w Gori odpowiada, że jesteśmy również stwórcami Stalina, bo jego ojciec był Polakiem, tym Przewalskim od koni.

Młody Gruzin Stalin
w Gori
Pochwały naszych „sojuszników” na cześć Stalina

I prawie się już kłócę z Lali, ona mówi z niechęcią, że jestem za Putinem, ja widzę w niej najgorsze cechy emigracji polskiej zza oceanu w wydaniu gruzińskim, poza tym okropnie chrapie w nocy (moje kochanie, ale to tylko z powodu, że sigareta wykurila ja), ale nagle okazuje się, że siostrzenica Lali ma nowoczesną klinikę dentystyczną w Tyflisie, przepraszam, w Tbilisi. Załatwia wszystko, organizuje alternatywną trasę turystyczną dla całej reszty, a jej siostrzenica robi mi nową jedynkę za ½ ceny w Polsce. Jeśli do tej pory nie wierzyłam, że wszyscy Gruzini to jedna rodzina, to teraz nie mogę już złego słowa powiedzieć.

Oprócz tego było szereg innych atrakcji, w tym imprezy gruzińskie czyli supry z tamadą, czyli przewodnikiem po toastach, różnokolorowy bazar w Batumi, świetne polskie towarzystwo z różnych stron świata. I miód, i wino piłam… Sami pojedźcie. Warto.

P.S. Biuro Czajka, z którym pojechałam, ma jeden niewątpliwy atut – wspaniałą i profesjonalną pilotkę Anię Kulę, absolwentkę rosjoznawstwa (chociaż wiadomo, że znawstwa z polskiej strony). Dzięki niej wreszcie zrozumiałam, o czym są „Ałyje Parusa” Ałły Pugaczowej, obejrzałam poruszający film „Mandarynki” i po powrocie przeczytałam „Dobre miejsce do umierania” Jagielskiego. To dziewczyna piękna i autentycznie zauroczona Gruzją. Polecam!

 

3 thoughts on “Lali i Gruzja (sierpień 2017)

  1. Potwierdzam, Natalio, że masz talent do snucia opowieści!
    Zastanawiam się, skąd te kobiety w wieżach miały tą smołę i wrzątek, które lały non stop na wrogów. Ktoś im donosił, czy co? :)))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *