Na cześć kaszy gryczanej

Wiktoria (moja trenerka fitness, rodem z Białorusi) powiedziała, że gluten i nabiał są be. Co ciekawe, do nabiału nie wliczyła jajek. Całe szczęście, bo bez jajek bym nie przeżyła. Bez mleka i twarożku sobie radzę, ale jak bez chleba? I tu z pomocą przyszła koleżanka z pracy, która od dawna piecze sobie sama chleb z kaszy gryczanej. Postanowiłam więc upiec i ja. Nakupiłam kaszy gryczanej niepalonej w Lewiatanie i 800 g zalałam wodą. Przez 24 godziny papka omal nie wysadziła miski. Wchłonęła całą wodę, więc na wszelki wypadek jeszcze dolałam (nie róbcie tego). Potem to trzeba dobrze zblendować, dodać sól do smaku i to, co się ma pod ręką i lubi, czyli nasionka różne, słonecznik, pestki dyni. Ja miałam oregano. Masy wyszło na dwie foremki, w które jeszcze posypałam czarnuszki (dostałam od firmy Sante na targach w Amsterdamie, wreszcie się przydała). Wyszły całkiem zgrabne i dobre chlebki, trochę za mokre, ale już wiecie dlaczego.

chleb
moje gryczane chlebki

Za pieczenie wzięłam się w niedzielę wieczorem, żeby odstresować się po filmie „Wołyń”. Po takich filmach tylko prace fizyczne pomogą.

Nie lubiłam kaszy gryczanej jako dziecko, jej specyficzny zapach doprowadzał mnie do mdłości. W moim domu na talerzu najczęściej gościły ziemniaki, makaron lub kasza jęczmienna. Pierwszy raz zauroczyłam się greczką w Mołdawii. W Kiszyniowie wyjście na przerwę obiadową celebrowano. Ludzie woleli wyjść później z pracy, ale musieli mieć godzinę na zjedzenie posiłku w którejś ze stołówek na mieście. Ta godzina była wpisana do umowy o pracę jak świętość. I nikt nie odbierał wtedy telefonów. Jaki to kontrast z naszymi urzędnikami (i nie tylko), którzy pospiesznie przegryzają kanapki nad komputerem (okropny zwyczaj), żeby wcześniej wyjść z pracy. Moja mołdawska prawniczka jadła kaszę gryczaną do wszystkiego, przegryzając danie… chlebem. Zapytałam ją, po co jeszcze chleb. – Natalia, chleb to życie, chleb musi być, nie umiem ci odpowiedzieć, tak jadł mój ojciec, tak jadł jego dziadek, tak jem i ja. Tak je się w Mołdawii.

Na dobre zauroczyłam się greczką w Rosji. Misza jadł (je) ją zawsze tak, jakby było to najbardziej wyszukane danie na świecie. Wybaczam mu wtedy mlaskanie i dziwne pomruki. Musieliśmy trzymać pokaźne zapasy kaszy w domu, często też wybieraliśmy ją w restauracjach, a szczególnie w rosyjskich sieciówkach jak Mu Mu lub Tieriemok. Kasza z kotletem mielonym – palce lizać. Kasza gryczana do ryby – a kto powiedział, że nie wypada? Kasza gryczana z warzywami i masłem. Itd.

grechka_vetchina_syr
Danie z Tieriemka: kasza gryczana z szynką i serem

Dziewczyna Miszy przyjaciela schudła spektakularnie. Zapytałam ją , jaką stosuje dietę. – Natasza, nasza greczka i kefir. – odpowiedziała konfidencjonalnie. – Kilka razy dziennie w różnych zestawach. 5 dni i tracisz 5 kilo.

Byliśmy w odwiedzinach u przyjaciela Miszy z lat szkolnych w Syktywkarze w Republice Komi. Ludzie (specjaliści, świetnie wykształceni) zarabiają tam 1000-1200 zł miesięcznie, a ceny moskiewskie uchodzą za niskie. Pani domu poczęstowała nas cienkim gulaszem i … oczywiście sporą porcją greczki. To była kasza pełna miłości, dobroci i serdeczności, jakiej tylko w regionach Rosji można doświadczyć. Najpyszniejsza.

Poza tym kasza gryczana w różnych wariantach jest idealnym daniem na post przed Wielkanocą, który trwa 40 dni.

Wiecie dlaczego Rosjan sankcje nie ruszą? Bo większość obywateli nigdy nie próbowała szynek parmeńskich, tyrolskich ani parmezanu, ani innych importowanych produktów. Za to nieurodzaj gryki lub ziemniaków może skończyć się rewolucją…

Obserwuję fejsbukowe profile moich rosyjskich znajomych i widzę, że oni doskonale znają i dyskontują to swoje umiłowanie do greczki. A ci bogatsi szczególnie. I dobrze.

greczka-z-alenka
To zdjęcie dodała znajoma z Moskwy z podpisem: Surowi rosyjscy ludzie 🙂

Niech żyje kasza gryczana. A ta rosyjska ma zawsze dla mnie najlepszy smak.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *